Marta ma pieprzyk. :O)))
Nic dziwnego razem z Marcinem mamy w sumie setki pieprzyków.
Teraz rodzinnie mamy setki plus jeden.
Marty pieprzyk znajduje się (mam nadzieję, że nie obrazi się na mnie za to kiedyś) na dupce. Dokładniej na samym środku lewego półdupka.
Jest śliczny.
Czekamy na kolejne.
Kochana żona, aktywna mama, uzależniona internautka, kinomaniaczka, rodowita Wrocławianka...
wtorek, 5 lutego 2008
poniedziałek, 24 grudnia 2007
WIGILIA
W tym roku pierwszy raz Wigilia była u nas. :O)
Marta była za mała, żeby się tarabanić po mieście.
Pyyyyyycha żarełko...
Cała rodzinka w komplecie...
Prezenty i choinka.
Czego chcieć więcej...
Jako karmiąca mama miałam ograniczone możliwości próbowania wigilijnych potraw, ale nie było źle. Zjadłam prawie wszystko po trochu. ;O)
Marta była za mała, żeby się tarabanić po mieście.
Pyyyyyycha żarełko...
Cała rodzinka w komplecie...
Prezenty i choinka.
Czego chcieć więcej...
Jako karmiąca mama miałam ograniczone możliwości próbowania wigilijnych potraw, ale nie było źle. Zjadłam prawie wszystko po trochu. ;O)
piątek, 7 grudnia 2007
NARODZINY MARTY
środa, 5 grudnia 2007
22:00 - Zaczęły mi odchodzić wody. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to wody i spokojnie poszłam spać.
czwartek, 6 grudnia 2007 (Mikołajki)
12:00 - Jajko przywiozła mnie do szpitala. Wcześniej dzwoniłam do gina - powiedział, że nie ma co czekać. To już może być to. ;O)
W szpitalu opierdziel, że dopiero teraz przyjechałam. ;O)
21:00 - Gin mówi: "Proszę iść spać, nic się nie dzieje, jutro się zacznie".
22:00 - Obdzwoniłam całą rodzinę, że idziemy spać i położyłam się spać.
22:05 - Pierwszy skurcz. Od razu były co 7 min i coraz częściej. Przez dwie godziny łaziłam po korytarzu i jedyne o czym myślałam to WDECH i WYDECH.
piątek, 7 grudnia 2007
0:00 - Położna przeniosła mnie z patologii ciąży na porodówkę. Skurcze co 4-5 min, rozwarcie na kilka palców. Przyjechał Marcin.
1:30 - Skurcze parte się zaczynają. Rozwarcie chyba na dwa metry... Wycieczka do ubikacji, która trwała wieki.
2:00 - Położna: "Przyj!!" Marcin: "Otwórz oczy!!"
2:25 - Marta: "Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa..."
To było cudowne.
Taka ciepła kluska cała w śluzach leżała mi na brzuchu.
Mój dzidziuś. Moja kruszynka.
10 punktów w skali Apgar, 53 cm, 3350 gr.
22:00 - Zaczęły mi odchodzić wody. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to wody i spokojnie poszłam spać.
czwartek, 6 grudnia 2007 (Mikołajki)
12:00 - Jajko przywiozła mnie do szpitala. Wcześniej dzwoniłam do gina - powiedział, że nie ma co czekać. To już może być to. ;O)
W szpitalu opierdziel, że dopiero teraz przyjechałam. ;O)
21:00 - Gin mówi: "Proszę iść spać, nic się nie dzieje, jutro się zacznie".
22:00 - Obdzwoniłam całą rodzinę, że idziemy spać i położyłam się spać.
22:05 - Pierwszy skurcz. Od razu były co 7 min i coraz częściej. Przez dwie godziny łaziłam po korytarzu i jedyne o czym myślałam to WDECH i WYDECH.
piątek, 7 grudnia 2007
0:00 - Położna przeniosła mnie z patologii ciąży na porodówkę. Skurcze co 4-5 min, rozwarcie na kilka palców. Przyjechał Marcin.
1:30 - Skurcze parte się zaczynają. Rozwarcie chyba na dwa metry... Wycieczka do ubikacji, która trwała wieki.
2:00 - Położna: "Przyj!!" Marcin: "Otwórz oczy!!"
2:25 - Marta: "Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa..."
To było cudowne.
Taka ciepła kluska cała w śluzach leżała mi na brzuchu.
Mój dzidziuś. Moja kruszynka.
10 punktów w skali Apgar, 53 cm, 3350 gr.
piątek, 1 czerwca 2007
12 tydzień :D
Jestem już na końcu 12 tygodnia. To oznacza końcówkę I trymestru.
Mój dzieciaczek ma już wszystkie narządy, nóżki, rączki, a nawet paluszki i paznokcie.
Wszystkie nowe struktury organizmu już się wykształciły. Teraz dzieciak będzie tylko rósł.
Z końcem I trymestru bardzo spada ryzyko poronienia. To znaczy, że fasolka się porządnie zagnieździła i dobrze rozwinęła.
Lada dzień początek II trymestru. W końcu będę mniej zmęczona. W końcu będę mogła pójść na basen i na rower...
Teraz jeszcze tylko 28 tygodni i koniec.
Od tego momentu zamiast martwić się o poronienie, martwię się o sam koniec... Bo to co mi w brzuchu rośnie, jak już urośnie, będzie chciało ten brzuch opuścić... Ha...
Ciekawe, jak...
Mój dzieciaczek ma już wszystkie narządy, nóżki, rączki, a nawet paluszki i paznokcie.
Wszystkie nowe struktury organizmu już się wykształciły. Teraz dzieciak będzie tylko rósł.
Z końcem I trymestru bardzo spada ryzyko poronienia. To znaczy, że fasolka się porządnie zagnieździła i dobrze rozwinęła.
Lada dzień początek II trymestru. W końcu będę mniej zmęczona. W końcu będę mogła pójść na basen i na rower...
Teraz jeszcze tylko 28 tygodni i koniec.
Od tego momentu zamiast martwić się o poronienie, martwię się o sam koniec... Bo to co mi w brzuchu rośnie, jak już urośnie, będzie chciało ten brzuch opuścić... Ha...
Ciekawe, jak...
wtorek, 29 maja 2007
"Piraci z Karaibów: Na Krańcu Świata"
Dziś w planach wizyta w kinie. 
Dawno mnie tam nie było.
Poprzednie dwie części bardzo przypadły do gustu mojemu tacie i zna je na pamięć. Od dzisiaj będzie się uczył następnej części.
Jak będę miała siłę, to napiszę coś krótko o filmie wieczorkiem albo jutro.

Dawno mnie tam nie było.
Poprzednie dwie części bardzo przypadły do gustu mojemu tacie i zna je na pamięć. Od dzisiaj będzie się uczył następnej części.
Jak będę miała siłę, to napiszę coś krótko o filmie wieczorkiem albo jutro.
poniedziałek, 28 maja 2007
Chora...
No i jestem chora. Jeszcze tydzień temu myślałam, że same pierdoły chorują w taką piękną pogodę... A teraz sama choruję... Eh...
Marcin zainstalował mi Age of Empires i teraz siedzę jak durna i gram cały dzień...

Ale mi to dbanie o Ktosia... Ktoś rośnie mi w brzuchu, a ja kurna chora. I to jeszcze zamiast coś pożytecznego robić, to ja sobie pogrywam.
Marcin zainstalował mi Age of Empires i teraz siedzę jak durna i gram cały dzień...
Ale mi to dbanie o Ktosia... Ktoś rośnie mi w brzuchu, a ja kurna chora. I to jeszcze zamiast coś pożytecznego robić, to ja sobie pogrywam.
sobota, 26 maja 2007
sobota, 9 września 2006
Ślub i wesele
Wszystko się układało OK, żadnych prawie przedślubnych nerwów ani nic aż do dnia przed ślubem. Nic niby nie było do załatwienia, wszystko elegancko według mojego skomplikowanego harmonogramu szło, potwierdzenia, zaliczki...
A we mnie coś pękło...
Ryczałam jak bóbr cały dzień z małymi przerwami na opieprzanie wszystkich dookoła łącznie z psem!!
Masakra!! Cały dzień!!
Jak już kolejny raz wchodziłam do rodziców, to mój tata nawet nie pytał zatroskany, co mi jest...
Noc minęła spokojnie, może dzięki temu, że mama dała mi tabletki nasenne.
Dla niewtajemniczonych, przypomnę, że noc z ówczesnym narzeczonym spędzałam osobno - on w Wałbrzychu, ja we Wrocławiu.
Pobudka o 7.30, szybki prysznic (porządny z masażami, peelingiem i maseczkami był wieczorem) i do fryzjera.
U fryzjera do 11!! Byłam w tym samym salonie, co mi robił próbną i byłam zadowolona z fryzury.
Malowałam się sama pod okiem mamy i świadkowej.

Ok 12 się ubrałyśmy i heja...
Miałam jakiś wspaniały nastrój i ogólnie była śliczna pogoda.
Jechałam z rodzicami samochodem z Wrocławia do Świdnicy. Nie było błogosławieństwa.

Plan był taki, że Marcin czeka pod kościołem, a ja przyjeżdżam dopiero jak on stoi przy ołtarzu wprowadzana przez tatę.
Niestety ksiądz się nie zgodził, więc wjechaliśmy przed ślubem.
Na szczęście ksiądz się zgodził (po nerwowej kłótni ze świadkami), na to, żeby tata mnie wprowadzał do kościoła.
Ja sobie szłam cała szczęśliwa i uśmiechałam się do wszystkich gości po kolei.
Mój tata był cały zestresowany i skupiony.
A inni mówili, że to był bardzo podniosły moment, jak organy zaczęły grać i ja tak weszłam z tatem. Marcinowi się ponoć nogi ugięły.

Starałam się słuchać, co mówił ksiądz, ale już nic nie pamiętam. Serducho mi waliło jak zwariowane i tylko skupiałam się na tym, żeby się nie rozbeczeć...
My z Marcinem średnio chodzimy do kościoła i największym problemem było to, że nie wiedzieliśmy, kiedy siadać, a kiedy wstawać, a kiedy klękać...

Ale jakoś poszło.
Na przysiędze nawet się żadne nie zająknęło, ani nie pomyliło.
Tylko nie było "Możesz pocałować Pannę Młodą" - szkoda, bo to fajne zwieńczenie.
Uff... Potem jak wyszliśmy z kościoła - życzenia. Świadkowa myślała, że to się nigdy nie skończy ta tasiemcowa koleja, a dla mnie to jakoś szybciutko minęła...
Mój brat wziął sobie do serca informację, że ma nie rzucać ryżu w twarz, tylko do góry i rzucał tak wysoko na maksa.
No i oprócz ryżu - płatki róż. Dzień wcześniej wystarczy z kwiaciarni wziąć stare róże za darmo, albo za jakieś śmieszne pieniądze.
Wszyscy składali standardowe życzenia, a jak doszedł mój dziadek... Wogóle nic nie powiedział tylko na mnie spojrzał wzrokiem "zaraz się rozpłaczę" i mocno przytulił. No i wtedy ja się rozbeczałam...
Cudowne to było. Piękna pogoda i nowy mąż obok mnie. ;O)
Do sali weselnej mieliśmy kawałeczek tylko, więc się przeszliśmy zahaczając po drodze ryneczek w Świdnicy.

Wszyscy już siedzieli na sali, jak my weszliśmy.
Rodzice nas powitali chlebem i solą, a potem kieliszki...
OBOJE MIELIŚMY WÓDKĘ!

Pierwszy raz wypiłam setkę wódki na raz i to bez popitki. Ponoć krzywiłam się jakieś 5 minut.
Potem było STO LAT, a potem obiadek.
Pierwszy taniec...
Norah Jones "Come away with me"... in the night...
Piękna piosenka. Nauczyliśmy się walca angielskiego i taką malutką choreografię. Zanim jednak choreografia, to tak fajnie weszliśmy za rączkę na parkiet. Ukłon, obrót pod ręką, ukłon z drugiej strony. Dopiero potem ustawienie i taniec.
Taka drobnostka, a cały taniec ma śliczną, uroczystą oprawę.
Oczywiście pokręciliśmy trochę choreografię, wszyscy twierdzili, że nic nie było widać, ale było widać.
Niemniej bardzo nam się podobało.

A potem impreza, jedzenie, picie i znów jedzenie...
Od razu po naszym tańcu DJ zrobił lokomotywę. Wszyscy zatańczyli, ale zaraz potem wrócili do stołu. DJ powiedział, że się ciężko rozkręcają, a ja już miałam czarną wizję, że zjedzą i pójdą do domu.
Ale się rozkręcili.
Potem był tort. Zamówiliśmy z cukierni za rogiem. Pychota.
Elegancko razem pokroiliśmy.
Mniam.
Potem tańce.
Potem prezenty dla rodziców. Zrobiliśmy coś innego niż klasyczny bukiet kwiatów, który zaraz zwiędnie...
Chcieliśmy zrobić album ze zdjęciami chronologicznie: ślub rodziców, mama w ciąży, bobas, przedszkole, szkoła, obozy, studia, i na końcu nasze ślubne zdjęcie. Ale uznaliśmy, że album obejrzą i wrzucą do szuflady, więc wymyśliliśmy ramki...
Idea ta sama, tyle, że w formacie 70x100 cm...
No i nie schowają do szuflady.
Prezenty wzbudziły ogólny podziw, wszyscy powstawali, żeby się przyjrzeć obrazkom i oglądali przez conajmniej pół godziny wszystkie zdjęcia po kolei.
Genialne!!
Potem gdzieś po drodze był wiejski stół. Mnóstwo kiszonych ogórków, smalcu, pierogów, golonki, kaszanki...
Dla mnie to średnie, ale goście byli zachwyceni. Pachniało jak u babci na wsi przed obiadem. Podobało się.
Oczepiny były fajne, bo nie było pseudoseksualnych damsko męskich zabaw, tylko takie na prawdę śmieszne.
Wybraliśmy naszego DJ, bo właśnie mówił, że nie robi takich wiejskich zabaw, tylko kulturalne. I takie były.
Zabawy...
1. Klasyczna z rzucaniem krawata i welonu - para, która złapała tańczy razem.
2. Pani zakłada Panu na głowę michę, a DJ czyta postulaty typu "Pamiętać o rocznicy ślubu". Jeśli Pan musi, Pani wali chochelką w michę, jeśli nie to nie... Potem micha idzie na tyłek Pani i tak samo Pan wali, jak Pani musi "gotować codziennie obiadki".
3. Rodzina Pani staje na środku, Pani na krześle i chochelką dyryguje, jak śpiewają STOOOO LAAT... Niby nic, ale co się uśmiałam na tym krześle z tego wycia to moje.
4. Sami kawalerowie dobierają się w pary, dostają różę i mają nam zatańczyć tango. Heh... Bez komentarza. Widzieliście kiedyś podpitych facetów tańczących tango??
Ostatnia zabawa to były występy naszego DJa. Okazało się, że jest instruktorem tańca i zrobił nam małe show.
Ogólnie superowo.
W międzyczasie w trakcie zabawy jak zwykle były Macarena, Lambada, Zorba i inne takie.
A pod koniec imprezy jeszcze Karaoke. Okazało się, że godzina to było stanowczo za krótko, a „Mydełko fa” w wykonaniu kolegów mojego nowego męża to hicior imprezy.
Podsumowując, był to przepiękny dzień. Nigdy go nie zapomnę. Mamy wspaniały film z wesela, który czasem puszczamy rewelacja…
Nie dość, że wszystko wypaliło, to jeszcze piękna katedra, piękna słoneczna pogoda, my uśmiechnięci, pyszny tort, super jedzenie, świetne karaoke, elegancki pierwszy taniec, pycha wiejski stół, kulturalne oczepiny, wzruszający prezent dla rodziców, śliczna sala, noclegi w tym samym miejscu...
IDEALNIE!!
Zaczęliśmy analizować nasze wesele i uznaliśmy, że wszystko wyszło po prostu świetnie...
I bukiet śliczny, i wygodna sukienka, i katedra śliczna, pogoda słoneczna, śliczna sala i inne takie (patrz wyżej).
Tak jak miałam nadzieję, była to impreza roku!!
Bawiliśmy się świetnie do samego końca, a rodzice powiedzieli nam, że było widać po nas, że chcieliśmy tego wesela, bo się na prawdę nie przymuszeni bawiliśmy i uczestniczyliśmy w tym.
Szkoda, że nie można tego powtórzyć.
Więcej fotek w galerii.
A we mnie coś pękło...
Ryczałam jak bóbr cały dzień z małymi przerwami na opieprzanie wszystkich dookoła łącznie z psem!!
Masakra!! Cały dzień!!
Jak już kolejny raz wchodziłam do rodziców, to mój tata nawet nie pytał zatroskany, co mi jest...
Noc minęła spokojnie, może dzięki temu, że mama dała mi tabletki nasenne.
Dla niewtajemniczonych, przypomnę, że noc z ówczesnym narzeczonym spędzałam osobno - on w Wałbrzychu, ja we Wrocławiu.
Pobudka o 7.30, szybki prysznic (porządny z masażami, peelingiem i maseczkami był wieczorem) i do fryzjera.
U fryzjera do 11!! Byłam w tym samym salonie, co mi robił próbną i byłam zadowolona z fryzury.
Malowałam się sama pod okiem mamy i świadkowej.
Ok 12 się ubrałyśmy i heja...
Miałam jakiś wspaniały nastrój i ogólnie była śliczna pogoda.
Jechałam z rodzicami samochodem z Wrocławia do Świdnicy. Nie było błogosławieństwa.
Plan był taki, że Marcin czeka pod kościołem, a ja przyjeżdżam dopiero jak on stoi przy ołtarzu wprowadzana przez tatę.
Niestety ksiądz się nie zgodził, więc wjechaliśmy przed ślubem.
Na szczęście ksiądz się zgodził (po nerwowej kłótni ze świadkami), na to, żeby tata mnie wprowadzał do kościoła.
Ja sobie szłam cała szczęśliwa i uśmiechałam się do wszystkich gości po kolei.
Mój tata był cały zestresowany i skupiony.
A inni mówili, że to był bardzo podniosły moment, jak organy zaczęły grać i ja tak weszłam z tatem. Marcinowi się ponoć nogi ugięły.
Starałam się słuchać, co mówił ksiądz, ale już nic nie pamiętam. Serducho mi waliło jak zwariowane i tylko skupiałam się na tym, żeby się nie rozbeczeć...
My z Marcinem średnio chodzimy do kościoła i największym problemem było to, że nie wiedzieliśmy, kiedy siadać, a kiedy wstawać, a kiedy klękać...
Ale jakoś poszło.
Na przysiędze nawet się żadne nie zająknęło, ani nie pomyliło.
Tylko nie było "Możesz pocałować Pannę Młodą" - szkoda, bo to fajne zwieńczenie.
Uff... Potem jak wyszliśmy z kościoła - życzenia. Świadkowa myślała, że to się nigdy nie skończy ta tasiemcowa koleja, a dla mnie to jakoś szybciutko minęła...
Mój brat wziął sobie do serca informację, że ma nie rzucać ryżu w twarz, tylko do góry i rzucał tak wysoko na maksa.
No i oprócz ryżu - płatki róż. Dzień wcześniej wystarczy z kwiaciarni wziąć stare róże za darmo, albo za jakieś śmieszne pieniądze.
Wszyscy składali standardowe życzenia, a jak doszedł mój dziadek... Wogóle nic nie powiedział tylko na mnie spojrzał wzrokiem "zaraz się rozpłaczę" i mocno przytulił. No i wtedy ja się rozbeczałam...
Cudowne to było. Piękna pogoda i nowy mąż obok mnie. ;O)
Do sali weselnej mieliśmy kawałeczek tylko, więc się przeszliśmy zahaczając po drodze ryneczek w Świdnicy.
Wszyscy już siedzieli na sali, jak my weszliśmy.
Rodzice nas powitali chlebem i solą, a potem kieliszki...
OBOJE MIELIŚMY WÓDKĘ!
Pierwszy raz wypiłam setkę wódki na raz i to bez popitki. Ponoć krzywiłam się jakieś 5 minut.
Potem było STO LAT, a potem obiadek.
Pierwszy taniec...
Norah Jones "Come away with me"... in the night...
Piękna piosenka. Nauczyliśmy się walca angielskiego i taką malutką choreografię. Zanim jednak choreografia, to tak fajnie weszliśmy za rączkę na parkiet. Ukłon, obrót pod ręką, ukłon z drugiej strony. Dopiero potem ustawienie i taniec.
Taka drobnostka, a cały taniec ma śliczną, uroczystą oprawę.
Oczywiście pokręciliśmy trochę choreografię, wszyscy twierdzili, że nic nie było widać, ale było widać.
Niemniej bardzo nam się podobało.
A potem impreza, jedzenie, picie i znów jedzenie...
Od razu po naszym tańcu DJ zrobił lokomotywę. Wszyscy zatańczyli, ale zaraz potem wrócili do stołu. DJ powiedział, że się ciężko rozkręcają, a ja już miałam czarną wizję, że zjedzą i pójdą do domu.
Ale się rozkręcili.
Potem był tort. Zamówiliśmy z cukierni za rogiem. Pychota.
Elegancko razem pokroiliśmy.
Mniam.
Potem tańce.
Potem prezenty dla rodziców. Zrobiliśmy coś innego niż klasyczny bukiet kwiatów, który zaraz zwiędnie...
Chcieliśmy zrobić album ze zdjęciami chronologicznie: ślub rodziców, mama w ciąży, bobas, przedszkole, szkoła, obozy, studia, i na końcu nasze ślubne zdjęcie. Ale uznaliśmy, że album obejrzą i wrzucą do szuflady, więc wymyśliliśmy ramki...
Idea ta sama, tyle, że w formacie 70x100 cm...
No i nie schowają do szuflady.
Genialne!!
Potem gdzieś po drodze był wiejski stół. Mnóstwo kiszonych ogórków, smalcu, pierogów, golonki, kaszanki...
Dla mnie to średnie, ale goście byli zachwyceni. Pachniało jak u babci na wsi przed obiadem. Podobało się.
Oczepiny były fajne, bo nie było pseudoseksualnych damsko męskich zabaw, tylko takie na prawdę śmieszne.
Wybraliśmy naszego DJ, bo właśnie mówił, że nie robi takich wiejskich zabaw, tylko kulturalne. I takie były.
Zabawy...
1. Klasyczna z rzucaniem krawata i welonu - para, która złapała tańczy razem.
2. Pani zakłada Panu na głowę michę, a DJ czyta postulaty typu "Pamiętać o rocznicy ślubu". Jeśli Pan musi, Pani wali chochelką w michę, jeśli nie to nie... Potem micha idzie na tyłek Pani i tak samo Pan wali, jak Pani musi "gotować codziennie obiadki".
3. Rodzina Pani staje na środku, Pani na krześle i chochelką dyryguje, jak śpiewają STOOOO LAAT... Niby nic, ale co się uśmiałam na tym krześle z tego wycia to moje.
4. Sami kawalerowie dobierają się w pary, dostają różę i mają nam zatańczyć tango. Heh... Bez komentarza. Widzieliście kiedyś podpitych facetów tańczących tango??
Ostatnia zabawa to były występy naszego DJa. Okazało się, że jest instruktorem tańca i zrobił nam małe show.
Ogólnie superowo.
W międzyczasie w trakcie zabawy jak zwykle były Macarena, Lambada, Zorba i inne takie.
A pod koniec imprezy jeszcze Karaoke. Okazało się, że godzina to było stanowczo za krótko, a „Mydełko fa” w wykonaniu kolegów mojego nowego męża to hicior imprezy.
Podsumowując, był to przepiękny dzień. Nigdy go nie zapomnę. Mamy wspaniały film z wesela, który czasem puszczamy rewelacja…
Nie dość, że wszystko wypaliło, to jeszcze piękna katedra, piękna słoneczna pogoda, my uśmiechnięci, pyszny tort, super jedzenie, świetne karaoke, elegancki pierwszy taniec, pycha wiejski stół, kulturalne oczepiny, wzruszający prezent dla rodziców, śliczna sala, noclegi w tym samym miejscu...
IDEALNIE!!
Zaczęliśmy analizować nasze wesele i uznaliśmy, że wszystko wyszło po prostu świetnie...
I bukiet śliczny, i wygodna sukienka, i katedra śliczna, pogoda słoneczna, śliczna sala i inne takie (patrz wyżej).
Tak jak miałam nadzieję, była to impreza roku!!
Bawiliśmy się świetnie do samego końca, a rodzice powiedzieli nam, że było widać po nas, że chcieliśmy tego wesela, bo się na prawdę nie przymuszeni bawiliśmy i uczestniczyliśmy w tym.
Szkoda, że nie można tego powtórzyć.
Więcej fotek w galerii.
środa, 23 lipca 2003
SIEDEM GRZECHÓW PAMIĘCI - notatki na podstawie książki
I. Grzech nietrwałości, czyli co robiłeś pół roku temu o tej porze?
- "Nietrwałość to podstawowa cecha pamięci: działa niepostrzeżenie i nieustannie"
- 60 proc. informacji zapominamy w ciągu pierwszych kilkunastu godzin,
- po miesiącu zostaje nam w głowie tylko 25 proc. tego, czego się nauczyliśmy.
II. Grzech roztargnienia, czyli gdzie jest ta cholerna zapalniczka?
- zbyt mało uwagi poświęcamy wykonywanej czynności,
- ślepota na zmianę, kiedy to nie zauważamy zmian zachodzących w naszym otoczeniu, "słabe rozpoznanie szczegółów".
III. Grzech blokowania, czyli mam to na końcu języka
- nie ma dostępu do informacji, której potrzebujesz - pamięć została zablokowana,
- gdyby w naszym umyśle nie było takich blokad, to wszystkie informacje potencjalnie związane z jakimś bodźcem od razu przychodziłyby nam do głowy.
IV. Grzech błędnego przypisania, czyli kto mi opowiedział ten dowcip?
- pamiętanie sytuacji, które nigdy się nie wydarzyły, mylenie rzeczywistego zdarzenia z tym, co jedynie się o nim wyobraża,
- mieszanie ze sobą cech dwóch różnych osób, słów, obrazów, zdań.
V. Grzech podatności na sugestię, czyli czy widziałeś ten samochód, którego nie było?
- tendencja do włączania mylących informacji z innych źródeł do własnych wspomnień.
VI. Grzech tendencyjności, czyli od razu wiedziałem, że to się źle skończy...
- tendencja do spójności powoduje, że wydaje nam się , że nasze dawne uczucia i poglądy odpowiednio pasują do obecnych,
- "Ludzie nie pamiętają często, w co wierzyli i co czuli w przeszłości, w związku z tym sądzą, że dawniej czuli i wiedzieli to samo co dziś",
- "złudzenie zmiany" wynika z tego, że chcemy, aby teraźniejszość wyraźnie różniła się od przeszłości - zwykle, by była od niej lepsza,
- efekt znajomości wyniku ma miejsce, kiedy znamy finał jakiegoś zdarzenia, wydaje nam się, że znaliśmy go zawsze.
VII. Grzech uporczywości, czyli dlaczego wciąż śpiewam tę okropną melodię?
- ciągłe przypominanie sobie rzeczy, które chcielibyśmy zapomnieć,
- zdarzenia negatywne pamiętamy lepiej niż pozytywne,
- emocje negatywne tracą moc szybciej niż pozytywne,
- statystyki wskazują, że ponad połowa z nas przeżyje przynajmniej raz w życiu doświadczenie traumatyczne; dobrą metodą uwolnienia się od grzechu uporczywości jest mówienie o swoich bolesnych doświadczeniach innym osobom.
Daniel L. Schacter "Siedem grzechów pamięci", przekład Ewa Haman, Joanna Rączaszek, PIW 2003
- "Nietrwałość to podstawowa cecha pamięci: działa niepostrzeżenie i nieustannie"
- 60 proc. informacji zapominamy w ciągu pierwszych kilkunastu godzin,
- po miesiącu zostaje nam w głowie tylko 25 proc. tego, czego się nauczyliśmy.
II. Grzech roztargnienia, czyli gdzie jest ta cholerna zapalniczka?
- zbyt mało uwagi poświęcamy wykonywanej czynności,
- ślepota na zmianę, kiedy to nie zauważamy zmian zachodzących w naszym otoczeniu, "słabe rozpoznanie szczegółów".
III. Grzech blokowania, czyli mam to na końcu języka
- nie ma dostępu do informacji, której potrzebujesz - pamięć została zablokowana,
- gdyby w naszym umyśle nie było takich blokad, to wszystkie informacje potencjalnie związane z jakimś bodźcem od razu przychodziłyby nam do głowy.
IV. Grzech błędnego przypisania, czyli kto mi opowiedział ten dowcip?
- pamiętanie sytuacji, które nigdy się nie wydarzyły, mylenie rzeczywistego zdarzenia z tym, co jedynie się o nim wyobraża,
- mieszanie ze sobą cech dwóch różnych osób, słów, obrazów, zdań.
V. Grzech podatności na sugestię, czyli czy widziałeś ten samochód, którego nie było?
- tendencja do włączania mylących informacji z innych źródeł do własnych wspomnień.
VI. Grzech tendencyjności, czyli od razu wiedziałem, że to się źle skończy...
- tendencja do spójności powoduje, że wydaje nam się , że nasze dawne uczucia i poglądy odpowiednio pasują do obecnych,
- "Ludzie nie pamiętają często, w co wierzyli i co czuli w przeszłości, w związku z tym sądzą, że dawniej czuli i wiedzieli to samo co dziś",
- "złudzenie zmiany" wynika z tego, że chcemy, aby teraźniejszość wyraźnie różniła się od przeszłości - zwykle, by była od niej lepsza,
- efekt znajomości wyniku ma miejsce, kiedy znamy finał jakiegoś zdarzenia, wydaje nam się, że znaliśmy go zawsze.
VII. Grzech uporczywości, czyli dlaczego wciąż śpiewam tę okropną melodię?
- ciągłe przypominanie sobie rzeczy, które chcielibyśmy zapomnieć,
- zdarzenia negatywne pamiętamy lepiej niż pozytywne,
- emocje negatywne tracą moc szybciej niż pozytywne,
- statystyki wskazują, że ponad połowa z nas przeżyje przynajmniej raz w życiu doświadczenie traumatyczne; dobrą metodą uwolnienia się od grzechu uporczywości jest mówienie o swoich bolesnych doświadczeniach innym osobom.
Daniel L. Schacter "Siedem grzechów pamięci", przekład Ewa Haman, Joanna Rączaszek, PIW 2003
piątek, 4 lipca 2003
16 RZECZY, KTÓRYCH NIGDY NIE POWINNAŚ W SOBIE POPRAWIAĆ
1. Twój śmiech. OK. Być może brzmi jak rżenie konia. Ale gdy się śmiejesz, inni śmieją się z tobą.
2. Twoje biurko. Możesz znaleźć wszystko, czego szukasz, prawda?
3. Kilogram nadwagi. Nie jęcz. Faceci i tak się za tobą oglądają.
4. Nieodparta potrzebę finansowego szaleństwa raz na jakiś czas. Twój budżet nie wytrzymałby, jeśli stałaby się trwałym nawykiem.
5. Przeszłość. Było, minęło. Nie możesz nic zmienić. Idź do przodu.
6. Ta twarz! Nawet jeśli twój nos jest, powiedzmy, zamaszysty, to on robi z ciebie - ciebie.
7. Twoje malutkie przyjemności. Kochasz omlet ze szczypiorkiem i dżemem? Spodnie z naszywkami? Nie przeszkadzaj sobie. To zbrodnia, zdławić swoje dziwactwo.
8. Sentymentalne przyzwyczajenie. Nadal oglądasz “Samych Swoich” w każde święta Bożego Narodzenia? Nikomu o tym nie powiemy.
9. Garderoba. Niewolnicy mody, którzy co sezon mają nowe ciuchy, nie znajdą własnego stylu. Ty wyglądasz najlepiej w tych, które kochasz.
10. Grzywka. Już zapomniałaś o tych miesiącach agonii i strasznej męki, kiedy ją zapuszczałaś?
11. Obcasy. Jeśli zataczałaś się w nich już w ósmej klasie i przez liceum przyzwyczaiłaś łydki, nigdy nie będzie ci wygodnie na płaskim. Po prostu żyj z pierwotną potrzebą delikatnego, kociego chodu.
12. Twoja mama i tata. Pchają cię do przodu, bo to oni cię stworzyli. Prawda, ze nie zmieniłabyś tego?
13. Szef. Skup się na swoich mocnych stronach, a nie na jego słabościach.
14. Sposób, w jaki tańczysz. Och, daj spokój, nie możesz być w tym gorsza niż przeciętny facet.
15. Ochota na imprezę. Możesz sobie wmawiać, że najwyższy czas spoważnieć, tylko dlaczego jest ci smutno w piątek wieczorem, jeśli z nikim się nie umówiłaś?
16. Marzenia. Oczywiście, wzięcie rocznego urlopu na kurs nurkowania jest całkiem nierozsądne. Ale czy ktokolwiek spełnił swoje marzenia, kierując się rozsądkiem?
2. Twoje biurko. Możesz znaleźć wszystko, czego szukasz, prawda?
3. Kilogram nadwagi. Nie jęcz. Faceci i tak się za tobą oglądają.
4. Nieodparta potrzebę finansowego szaleństwa raz na jakiś czas. Twój budżet nie wytrzymałby, jeśli stałaby się trwałym nawykiem.
5. Przeszłość. Było, minęło. Nie możesz nic zmienić. Idź do przodu.
6. Ta twarz! Nawet jeśli twój nos jest, powiedzmy, zamaszysty, to on robi z ciebie - ciebie.
7. Twoje malutkie przyjemności. Kochasz omlet ze szczypiorkiem i dżemem? Spodnie z naszywkami? Nie przeszkadzaj sobie. To zbrodnia, zdławić swoje dziwactwo.
8. Sentymentalne przyzwyczajenie. Nadal oglądasz “Samych Swoich” w każde święta Bożego Narodzenia? Nikomu o tym nie powiemy.
9. Garderoba. Niewolnicy mody, którzy co sezon mają nowe ciuchy, nie znajdą własnego stylu. Ty wyglądasz najlepiej w tych, które kochasz.
10. Grzywka. Już zapomniałaś o tych miesiącach agonii i strasznej męki, kiedy ją zapuszczałaś?
11. Obcasy. Jeśli zataczałaś się w nich już w ósmej klasie i przez liceum przyzwyczaiłaś łydki, nigdy nie będzie ci wygodnie na płaskim. Po prostu żyj z pierwotną potrzebą delikatnego, kociego chodu.
12. Twoja mama i tata. Pchają cię do przodu, bo to oni cię stworzyli. Prawda, ze nie zmieniłabyś tego?
13. Szef. Skup się na swoich mocnych stronach, a nie na jego słabościach.
14. Sposób, w jaki tańczysz. Och, daj spokój, nie możesz być w tym gorsza niż przeciętny facet.
15. Ochota na imprezę. Możesz sobie wmawiać, że najwyższy czas spoważnieć, tylko dlaczego jest ci smutno w piątek wieczorem, jeśli z nikim się nie umówiłaś?
16. Marzenia. Oczywiście, wzięcie rocznego urlopu na kurs nurkowania jest całkiem nierozsądne. Ale czy ktokolwiek spełnił swoje marzenia, kierując się rozsądkiem?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


